Dolnośląskie: Bogatsi o czeskiego klienta

Patrząc na wskaźniki makroekonomiczne, interesy w branży FMCG w województwie dolnośląskim rozwijają się doskonale. Podobnie swoją sytuację oceniają detaliści, a nieco gorzej właściciele hurtowni.

Dynamicznie rozwijające się województwo dolnośląskie to jeden z najbogatszych rejonów kraju. Dobrobytem i możliwościami przyciąga ludzi z całej Polski. Według tegorocznego rankingu „Financial Times” – „fDi Polish Cities of the Future 2017/18” – ma być jeszcze lepiej. Wrocław plasuje się w pierwszej trójce w prawie wszystkich kategoriach. Zwycięzcą jest w klasyfikacji na „Najbardziej przyjazne miasto dla biznesu”. To oznacza, że zagraniczni inwestorzy będą do Wrocławia ciągnąć, a im więcej osób tu mieszka i pracuje, tym więcej klientów w sklepach i wyższe zyski na rynku FMCG.

Kolejki w sklepach
Badania GUS wykazują, że na Dolnym Śląsku wciąż przybywa sklepów wielko- oraz małoformatowych. W 2015 roku powstało tu 27 nowych supermarketów oraz około 1300 mniejszych sklepów. Rosnąca liczba podmiotów gospodarczych najbardziej doskwiera detalistom. I choć na terenie całego województwa wiele sklepów w ciągu roku powstaje, ale też wiele się zamyka lub zmienia branżę, to porównując z latami wcześniejszymi, saldo jest dodatnie. Ponieważ popyt na towary wciąż rośnie, w tym regionie klienci ustawiają się w kolejki, zwłaszcza w godzinach powrotu z pracy.
Dużym hamulcem w rozwoju firm jest brak rąk do pracy. Ciągłe nabory do sieciówek i ogłoszenia wiszące na szybach małych sklepów niewiele dają. Tak zwany rynek pracownika wymusza na właścicielach przedsiębiorstw podwyżki dla zatrudnianych i, niestety, przyjmowanie do pracy osób nie zawsze dobrze wyszkolonych. Na tym polu indywidualni kupcy są w znacznie gorszej sytuacji. Największe sieci mogą, wabiąc pracowników, oferować premie i dodatki socjalne, np. kartę wstępu na obiekty sportowe czy dodatkowe ubezpieczenie medyczne, na co właściciele sklepów małopowierzchniowych rzadko mogą sobie pozwolić. Niskie bezrobocie w regionie (czerwiec 2017 – 6,3 proc.) nie wróży poprawy bytu pracodawcom. Poza tym nie wszędzie jest taka dobra koniunktura, jak we Wrocławiu.
– We Wrocławiu jest dobrze, bo to jest miasto młodych ludzi – mówi Grażyna Okińska, właścicielka sklepu owocowo-warzywnego z Legnicy. – W naszym mieście trudno robić duże interesy, rozwijać się, bo mieszka tu coraz mniej osób, miasto się starzeje. Nie ma pracy, działa tylko jedna huta, a jej dni też są policzone. Dużo młodych wyjeżdża w poszukiwaniu pracy. Markety nas dołują, bo w Legnicy jest bardzo duża liczba sklepów wielkoformatowych w stosunku do liczby mieszkańców. Do małych sklepów klienci przychodzą po drobiazgi, gdy im czegoś nagle zabraknie. Jeśli zostanie uchwalone prawo o zakazie handlu w niedziele, a w małym sklepie nadal będzie mógł sprzedawać właściciel, to nasza sytuacja się trochę poprawi. W niedziele bardzo dużo rodzin robi zakupy na cały tydzień w marketach. Gdy będzie zakaz handlu, to zaopatrzą się w małych sklepach.

Okiem klienta
Na terenie województwa można wyróżnić dwie struktury handlowe. W miastach przeważają sieciówki i dyskonty, a poza miastami niewielkie sklepy. Popularne są zakupy na targowiskach sezonowych i w halach zakupowych. We Wrocławiu znikają małe sklepiki lub przechodzą metamorfozę i trafiają pod skrzydła franczyzodawcy, głównie Żabki. Ten trend przenosi się powoli na inne duże miasta regionu. Dyskont, na który najłatwiej się natknąć w mieście, to Biedronka, czasem dwa sklepy tej marki dzieli zaledwie kilkaset metrów. Sporo jest małych sklepików handlujących alkoholem. Placówki małopowierzchniowe dobrze się mają w nowo powstających osiedlach lub w miejscowościach oddalonych
od supermarketów. Mieszkańcy miast najczęściej wybierają zakupy w Biedronce ze względu na niższe niż w innych supermarketach ceny, spory wybór i co ciekawe – stały układ towarów w hali sprzedażowej.
Po warzywa chodzi się najchętniej na stragany. Klienci szukają stoisk oferujących rodzime, świeże i ekologiczne produkty. Wolą poczekać w kolejce niż szybko kupić wyczyszczone i nad podziw dojrzałe, ale sprawiające wrażenie „pędzonych” warzywa. Małe sklepy usytuowane poza wielkimi miastami sprzedają podstawowe produkty spożywcze potrzebne na co dzień oraz alkohole. Ogólnie region jest oceniany jako tańszy zakupowo niż np. województwo mazowieckie.

Dolnośląska franczyza
Na terenie Dolnośląskiego działają wszystkie duże sieci sklepów i dyskontów. Jedyną miejscową dużą sieć supermarketów Eko, istniejącą od 1996 roku, na przełomie lat 2016/2017 wykupił Eurocash od Pelican Ventures. Część z 250 sklepów zmieniła nazwę na Delikatesy Centrum, reszta działa nadal pod szyldem Eko.
Jednym z niewielu lokalnych franczyzodawców jest doskonale się rozwijająca wrocławska Fornetti – działająca od 10 lat sieć minipiekarni i producent mrożonych ciastek oraz pieczywa do odpieku. W 2016 roku firma połączyła się za szwajcarską Artyzą. Kąciki piekarnicze w sklepach czy kawiarniach przyciągają klientów wspaniałymi zapachami. Mrożony półprodukt piekarniczy jest dostarczany do punktów, w których zainstalowano dzierżawione maszyny piekarnicze.
Z województwa dolnośląskiego wywodzą się też dwie, działające na terenie całego kraju, sieci sprzedaży herbaty i kawy. To mająca 22 sklepy własne Five o’clock z Lubina oraz firma Progressiv z Wrocławia, dostarczająca towar do sklepów Czas na Herbatę. Mają już ponad 90 punktów franczyzowych i sklepów własnych.
Odmienny asortyment, ale równie aktywny rozwój wykazuje Organique z Wrocławia – dystrybutorzy kosmetyków przygotowywanych według starych receptur. Ma już siedem sklepów za granicą, np. w Kuwejcie, i 50 w Polsce.

Zakupy transgraniczne
Handel transgraniczny kwitnie, choć wraz z upływem czasu diametralnie się zmienił. Jeszcze kilkanaście lat temu Polacy wyjeżdżali do Niemiec, by tam sprzedawać rożne towary, od jajek po papierosy, a do Czech, by kupować żywność. Teraz Czesi przyjeżdżają do Polski po produkty spożywcze, zwłaszcza mięso. Największe, a przynajmniej najbardziej nagłośnione zakupy robią w Tesco w Bogatyni. Jednak mniejsze sklepy, jeśli tylko dostosują swoje marże do potrzeb zagranicznych klientów, również mogą zarobić. Większe na to szanse mają ci, którzy zgadzają się na uregulowanie rachunku w obcych walutach.
Południowi sąsiedzi przyjeżdżają na zakupy nie tylko dla siebie, ale również dla znajomych i rodziny, czyli po duże ilości towaru. Dopóki różnice cen podstawowych produktów spożywczych będą sięgać 10–20 proc. – tak jak teraz – dopóty transgraniczne zakupy będą generować spory obrót. GUS podaje, że ok. 80 proc. Czechów przyjeżdżających do Polski mieszka w odległości nie większej niż 50 km od granicy. W 2016 roku cudzoziemcy kupili w Polsce towar za ok. 39,1 mld zł, a Polacy wydali za granicą zaledwie 19 mld zł, czyli bilans jest dla nas bardzo korzystny.
Polacy do Czech jeżdżą po piwo i niektóre leki u nas niezarejestrowane. A do Niemiec po artykuły chemiczne, nie tylko do osobistego użytku, ale i w celach handlowych. Można je później kupić w małych sklepach i na targowiskach całej Polski.
Wycieczka do Niemiec to również możliwość zaopatrzenia sklepu w produkty u nas niedostępne, jak choćby niektóre warianty smakowe kaszek Nestle dla dzieci. Wprowadzanie na rynek nowych smaków produktów znanych już w Polsce i obecnych na półkach marek to jeden ze sposobów na zwiększanie zysku w tradycyjnym sklepie.