Mazowieckie: Konkurencja na jakość

Mazowsze jest zwykle utożsamiane z Warszawą i postrzegane jako bogate. Ale tak jak w każdym regionie, znajdują się tu obszary uboższe oraz posażne. Wiele zależy od położenia oraz sposobu gospodarowania w gminie i powiecie.

Tam mają dobrze, zarabiają kokosy – myślą mieszkańcy innych części kraju patrząc na podawane przez GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie dla Mazowsza. I w pewnym sensie mają rację, bo to najprężniej rozwijający się region w Polsce. Ale równomiernie wzrasta też konkurencja, rosną koszty lokali i opłaty gminne.

Pensje nie wszędzie wysokie
Jeśli chodzi o zarobki ludności, to niestety nie jest tak pięknie jak w statystyce. Po pierwsze, wyliczane przez GUS przeciętne wynagrodzenie to kwoty obliczane dla sektora przedsiębiorstw, nie uwzględniające osób samozatrudnionych, z małych firm itd. A tam pensje są o wiele niższe niż w fabrykach, administracji publicznej czy dużych zakładach produkcyjnych. Po drugie, to kwoty brutto. Przeciętne wynagrodzenie w styczniu 2018 roku wyliczono dla Mazowsza na 5552, 33 zł brutto, czyli 3935 zł na rękę. Sporo, ale już inaczej spojrzymy na mieszkańców Mazowsza, gdy poznamy medianę ich dochodów, czyli wartość dzielącą zarabiających na dwie równe grupy. Możemy powiedzieć, że połowa z nich zarabia mniej niż wynosi mediana. A ta w 2016 r. dla całego województwa (ale bez stolicy) wynosiła 3,5 tys. zł brutto, czyli połowa mieszkańców zarabiała poniżej 2,5 tysiąca zł na rękę. W dodatku to aż o 1,8 tys. zł brutto mniej niż mediana płac dla samej Warszawy*. W tym okresie średnie zarobki wyliczone przez GUS dla Mazowsza wraz z Warszawą wyniosły 5240,86 zł brutto.

Północ i południe
Zauważalne się też duże różnice pomiędzy wschodem i zachodem województwa, pomiędzy rożnymi miastami i rożnymi obszarami wiejskimi. W styczniu 2018 roku, w powiecie warszawskim stopa bezrobocia wynosiła zaledwie 2 proc. Ale na Mazowszu są też powiaty o wysokiej stopie bezrobocia: szydłowiecki 26,5 proc., przysuski 19, 9 proc., radomski 19,7 proc. Samo miasto Radom nadal ma stopę bezrobocia równą 13,9 proc. Niestety nie wszystkim uda się znaleźć pracę w Warszawie, nie wszyscy mają potrzebne kwalifikacje a także po prostu nie chcą się przenosić do wielkiego miasta.
Obszary wiejskie też są zróżnicowane: od bogatych północnych terenów z rozwiniętą hodowlą bydła mlecznego, czy tereny sadownicze w okolicach Garwolina, po ubogie tereny okolic Kozienic, Radomia gdzie dominują gleby klasy V i VI.
Stopa bezrobocia i wysokość pensji, dochodów automatycznie przekładają się na możliwości nabywcze ludzi, na ich wydatki. Osoby zarabiające skromnie przeznaczają swój budżet głównie na opłacenie rachunków i zaspokojenie podstawowych potrzeb. Nie myślą o luksusach, wycieczkach zagranicznych, czy nowym samochodzie.

Wiejska rzeczywistość
– Mnie tu Warszawa utrzymuje, mimo że do centrum jest 60 kilometrów. Tu mieszkają pracownicy budowlani, jeżdżący do stolicy, do pracy. Rano i wieczorem jest cały czas ruch. Obok stoi sieciowy “Od i Do”, ale ja wolę swój interes. Wolę zrobić swoją dobrą cenę, dobrą stałą jakość – mówi właściciel sklepu we wsi Roguszyn. – Pracuję w sklepie od 15 lat. Jest dobrze. Gdybym nie miał co roku 10 proc wzrostu marży, poza inflacją oczywiście, to bym ten interes zamknął. Żeby zarabiać, trzeba mieć podejście do klientów, do handlu. Kupić więcej taniego towaru i ceny utrzymywać. Znam swoich klientów, gdy nie ma kolejki to porozmawiamy, ale gdy wchodzi ktoś inny to najważniejsza jest obsługa a nie rozmowy. Klient warszawski, przyjeżdżający tutaj tylko wypoczywać, nas już w ogóle nie uwzględnia. Jest uzależniony od supermarketu. Pojedzie na wieś i myśli, że tu się zasięg kończy, że świat się kończy. A tu wszystko jest. I żyją ludzie, bo uciekają od męczącego miasta. Tam zarabiają, a tu mieszkają i to są moi klienci.
– W małym sklepie na wsi ciężko się handluje – wyjaśnia Dorota Boguszewska, właścicielka sklepu spożywczo-przemysłowego, wieś Wyszków. – Roboty sporo, pieniędzy mało. W sezonie letnim, gdy są lody, to już jest trochę lepiej, zima to czas na przetrwanie. Kiedyś klienci przed świętami robili większe zakupy, ale teraz to tylko ostatni dzień przed wolnym jest wzmożony ruch. Przyjdą po kostkę margaryny, albo cukier waniliowy, groszowe sprawy. Resztę w większych sklepach kupują. Ludzie wiedzą, że w niedzielę sklepy zamknięte i jeszcze nie zorientowali się, że małe punkty działają, bo obsługuje w nich właściciel, tak więc ruch nie za duży.

Handel kwitnie
Sprzedaż artykułów spożywczych rozwija się na Mazowszu w każdym jego zakątku. Zróżnicowanie polega głównie na nieco innych wielkością sklepach dla obszarów miejskich i wiejskich. Tak jak w całym kraju, powstają tu nowe sklepy, niektóre upadają, inne zmieniają właścicieli. W miastach działają wszystkie wielkie sieci handlowe. Prześcigają się w zagospodarowywaniu miejsca tak aktywnie, że czasem Biedronkę od Lidla dzieli 50 metrów, a naprzeciwko ktoś otwiera Żabkę. Równie prężnie działają przedstawiciele sieci, namawiając niezależnych sprzedawców na franczyzę. Są i funkcjonują sklepy niezależne, o wielkości dostosowanej do populacji danej miejscowości. Na wsiach, oprócz małych sklepów, kwitnie handel obwoźny. Mieszkańcy nie muszą wyruszać do miasteczek, lub odległych supermarketów, by kupić pieczywo czy wędliny. Towary są donich przywożone regularnie, w określone dni tygodnia i o określonych godzinach. Czasem takim handlem zajmują się osoby niezwiązane z żadnym wytwórcą towarów spożywczych, ale częściej są to firmowi przedstawiciele, w służbowych autach.
Właścicielom sklepów w tym rejonie najbardziej doskwiera brak pracowników oraz silna konkurencja. Chcieliby, by popyt stale wzrastał. Niezależni kupcy szukają tanich i dobrych dostawców towaru, zaopatrują się w hurtowniach specjalistycznych, współpracują z przedstawicielami handlowymi producentów. Ci, którzy znają i szanują swoich klientów wygrywają w konkurencji z osobami próbującymi zarobić szybko, na złej jakości towarze.
To jakość jest tu jedną z najważniejszych kwestii.